• facebook
  • rss
  • Przecież mieli wrócić

    Klaudia Cwołek

    |

    Gość Gliwicki 08/2015

    dodane 19.02.2015 00:00

    Tragedia Górnośląska. O różnych kierunkach wywózek i wyjątkowych świadectwach mieszkańców Ostropy z dr. Dariuszem Węgrzynem, historykiem z oddziału IPN w Katowicach

    Klaudia Cwołek: Co zdecydowało, że na temat książki o Tragedii Górnośląskiej wybraliście los mieszkańców Ostropy?

    Dariusz Węgrzyn: W dużym stopniu jest to inicjatywa oddolna. Trzeba tu docenić pracę Elżbiety Borkowskiej, Urszuli Dylong i Anieli Jonderko, które postanowiły zająć się tematem w tej miejscowości. Jako IPN zdecydowaliśmy się wesprzeć inicjatywę, kiedy prace były już mocno zaawansowane, a panie zebrały sporo nazwisk i bardzo ciekawe relacje. Ja przygotowałem wstęp naukowy, pomogłem także przygotować wykaz osób deportowanych i opracowałem biogramy do druku. Ale to te trzy panie postanowiły zbadać tragedię w Ostropie. Gdy zaczęły odwiedzać mieszkańców i rozmawiać, okazało się, że ludzi, którzy pamiętają rok 1945, jest jeszcze sporo. Co więcej, są rodziny osób deportowanych, które przeżyły wejście Armii Czerwonej.

    Ciekawe jest też to, że pozostało dużo pamiątek. Niektórzy mówią, że ten temat jest trudny do badania, bo nie ma źródeł, nie ma jak tego tematu ugryźć. Tymczasem okazało się, że autorki książki, gdy zaczęły chodzić po domach, znalazły sporo fotografii i zdobyły sporo interesujących relacji oraz pamiątek. Trzeba podkreślić, że znaczna część ekspozycji w nowo otwartym Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do ZSRR w 1945 r. zawiera materiały, które zostały odnalezione w Ostropie. Są to zdjęcia rodzin oraz inne ciekawostki – łyżka czy walizka przywiezione przez deportowanych.

    W książce wypowiada się 19 świadków. Czy któraś relacja okazała się szczególne cenna z punktu widzenia historycznego?

    Bardzo istotna jest relacja Ignacego Kowola, który był deportowany i do dzisiaj żyje. Ona jest o tyle ciekawa, że odnosi się do obszaru Białorusi. My mamy dość dużo relacji z terenu Ukrainy, natomiast los tego człowieka, który trafił w rejon Mińska, pokazuje czasem zapominany kierunek. Zwykle się mówi, że mieszkańcy Górnego Śląska byli wywiezieni na obszar Ukrainy, Donbasu. A część z nich, może mniejsza, ale także ważna, trafiła na teren Białorusi. Ci ludzie bardzo często byli skierowani do pracy w lesie, do kopania torfu, gdzie ich los był wyjątkowo trudny. Jeżeli tę pracę wykonywało się zimą, na bagnach, terenie podmokłym, wśród wilgoci, to było naprawdę koszmarne. A relacji z tamtego rejonu nie mieliśmy i to, co opowiedział Ignacy Kowol, jest niezwykle ciekawe. W ogóle mocną stroną tej książki są właśnie relacje osób, które przeżyły rok 1945. Są to często również wspomnienia mieszkańców, którzy wtedy byli dziećmi, mieli 8–10 lat, i dobrze pamiętają, jak to wyglądało. Istotne są również wspomnienia osób, których ojcowie byli deportowani. W książce jest dużo informacji o tym, jak wyglądał los tych rodzin. Ostropa miała to szczęście, że był to teren częściowo rolniczy, więc te rodziny mogły jakoś egzystować, uprawiając ziemię. Ale w publikacji pokazana jest sytuacja dzieci, które musiały sobie radzić same, zajmować się domem, gdy matka ciężko pracowała, żeby jakoś rodzinę utrzymać. To są relacje, które przedstawiają tragedię z poziomu zwykłego człowieka, a nie wielkiej historii. Jest to opis położenia cywilów dotkniętych konsekwencjami wojny, która doszła do Ostropy i spowodowała nie tylko deportację, ale także ciężki los rodzin, które musiały sobie radzić bez jedynych żywicieli.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół