• facebook
  • rss
  • Dziewięć słów do wojny

    Adam Śliwa

    |

    Gość Gliwicki 35/2014

    dodane 28.08.2014 00:00

    „Uwaga, tu Gliwice. Radiostacja znajduje się w rękach polskich...” – tylko tyle zdążyli powiedzieć SS-mani. Mimo że prowokacja gliwicka nie udała się, rano niemieckie czołgi odpowiedziały ogniem.

    Nad Europą zbierały się czarne chmury. Niemcy intensywnie przygotowywali Wehrmacht do wojny. Z Austrią i Czechosłowacją poszło gładko, bez jednego wystrzału. Próba zajęcia Polski zakończyć się jednak miała wojną. Aby Francja i Anglia nie pomogły Rzeczypospolitej, trzeba było pokazać, że to ona jest agresorem. Było to na rękę rządowi w Paryżu, który bał się wojny, i Niemcom mogącym rzucić całe siły na Polskę.

    Niemcy potrzebowały jaskrawego powodu do wojny. Skoro Polacy go nie dawali, trzeba go było stworzyć. Pomysłodawcą szeregu granicznych prowokacji tuż przed wybuchem wojny był Reinhard Heydrich. Najważniejsza miała odbyć się w niemieckich Gliwicach.

    Dwie radiostacje

    31 sierpnia w pokoju hotelu Haus Oberschlesien zadzwonił telefon. Głos w słuchawce mówił: „Großmutter gestorben”, czyli „babcia umarła”. Był to sygnał do rozpoczęcia akcji. SS-mani pod dowództwem SS Sturmbannführera Alfreda Helmuta Naujocksa, widząc na horyzoncie maszt anteny, udali się na ul. Tarnogórską. Gdyby przyszło im do głowy zapytać jakiegokolwiek gliwiczanina, jak dojść do radiostacji, nie popełniliby błędu. Każdy odparłby bowiem: „Do której?”.

    – Pierwsza radiostacja znajdowała się na dzisiejszej ulicy Radiowej – wyjaśnia Radosław Daniewicz, przewodnik z gliwickiego muzeum. To w budynku obecnego szpitala mieściły się studia oraz sala koncertowa. Na początku lat 30. obok stały dwa stalowe maszty, pomiędzy którymi rozpostarta była pozioma antena. – Po wymienieniu nadajnika na mocniejszy, pojawiły się jednak zakłócenia – dodaje pan Radosław. Postanowiono odsunąć antenę od studia, budując ją w 1935 roku wraz z budynkami obsługi na ulicy Tarnogórskiej. Stare maszty zostały rozebrane.

    Gdzie jest mikrofon?

    Po dotarciu pod maszt, prowokatorzy sterroryzowali obsługę i... zaczęli szukać mikrofonu. Początkowo bezskutecznie, bo pomieszczenia przy Tarnogórskiej służyły tylko do kontroli sygnału. Udało się jednak w końcu znaleźć mikrofon burzowy, służący do informowania słuchaczy o przerwie w nadawaniu z powodu wyładowań atmosferycznych. Po pierwszych 9 słowach sygnał się urwał. – Nie wiadomo, co się dokładnie stało. Albo spaliły się lampy, choć to mało prawdopodobne, bo wszystkie systemy były zdublowane, albo któryś z techników odłączył antenę – zastanawia się R. Daniewicz. Po skończonej akcji SS-mani uciekli i zostawili w radiostacji zamordowanego wcześniej weterana powstań śląskich Franciszka Honioka.

    Zaginiony nadajnik

    Prawda o wydarzeniach w przestronnej sali nadajnika wyszła na jaw dopiero po wojnie – z powodu błyskawicznych sukcesów Wehrmachtu w następnych tygodniach nikt o prowokacji już nie mówił. Pozostał jednak świadek tamtych dni; radiostacja.

    Wieża fascynuje nie tylko z powodu swojej historii, ale też niezwykłej konstrukcji. – Nie ma w niej ani grama stali – wyjaśnia przewodnik po radiostacji. Została zbudowana z drewna modrzewiowego, spiętego ok. 16 000 mosiężnych śrub. Właściwa antena zwisała w środku. – Maszt służy gliwiczanom do dziś. Znajdują się na nim przekaźniki telefonii komórkowej czy sygnału alarmowego 112 – opowiada pan Radosław. Dzięki temu wieża na siebie zarabia.

    Ze swoimi 111 m wysokości gliwicka „wieża Eiffla” jest najwyższą drewnianą konstrukcją w Europie. Z najwyższej platformy widać nawet Tatry. Niewiele jednak brakowało, a symbol Gliwic zniknąłby z powierzchni ziemi. W latach 60., aby obniżyć koszty utrzymania, władze chciały maszt skrócić o połowę. Na szczęście do tego nie doszło.

    Ciekawe i cenne jest także wnętrze sali nadajnika. W 90 proc. jest ono takie samo jak przed wojną. Niewiele takich skarbów zachowało się na świecie. Na środku stoi stół nadawczy z różnymi przyciskami i wskaźnikami, z tyłu szafa wstępnej obróbki sygnału, a zaraz przy wyjściu zaginiony do niedawna skarb: nadajnik Lorenza. Po wojnie radiostacja do 1950 roku nadawała sygnał radiowy. Następnie zagłuszała Radio Wolna Europa. Później niepotrzebny nadajnik miano zezłomować. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności tak się nie stało i urządzenie trafiło do Murowanej Gośliny, a następnie do Muzeum Techniki w Warszawie, o czym do niedawna nikt nie wiedział. 10 września 2013 roku to najważniejsze urządzenie stacji wróciło na swoje miejsce.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół