• facebook
  • rss
  • Śpiew miłości 
znad stepów gniewu

    Szymon Zmarlicki


    |

    Gość Gliwicki 36/2013

    dodane 05.09.2013 00:00

    Claret Gospel. Zwiedzanie supermarketu i nowa ewangelizacja. Wojna i pokój. Afryka i Polska. Claret i gospel.


    W małej wsi pod Pyskowicami szukać geniuszy muzyki gospel z Czarnego Lądu? Pomysł wydaje się dość szalony, bo krajobraz każe spodziewać się raczej piania kogutów i chrumkania świń niż rytmicznych dźwięków wybijanych na afrykańskich bębnach. Paczyna wita typowym zapachem obornika, jednak gdy przekroczy się już próg domu zakonnego misjonarzy klaretynów przy parafii św. Marcina Biskupa, swojska woń wsi przegrywa z wyrazistymi aromatami egzotycznych przypraw...


    Nie klarnet, a armia


    Z mroku korytarza wyłaniają się niezwykle przyjaźnie nastawieni tymczasowi mieszkańcy domu. To dziesięciu młodych pielgrzymów z Abidżanu, dawnej stolicy ich ojczyzny – Wybrzeża Kości Słoniowej. Od Polski dzielą go pustynia, morze i góry. W linii prostej ponad sześć tysięcy kilometrów i dwanaście godzin lotu samolotem.
Nazywają się Claret Gospel i nie należy doszukiwać się w tym nawiązania do instrumentu muzycznego o podobnej nazwie. To hołd dla św. Antoniego Maríi Clareta i ojców klaretynów, którzy prowadzą misje w Abidżanie, Bouaflé i Soubré. Ich dziełem jest też Fundacja „Zostaw Ślad” – dzięki niej mieszkańcy odległych zakątków Afryki mogą mieć studnię czy kościół. Połączyła ich muzyka, czyli pomysł na modlitwę, niesienie Dobrej Nowiny i pomoc innym. Bo „gospel” znaczy Ewangelia.
Dlatego już po raz siódmy odwiedzają Polskę, by dawać koncerty ewangelizacyjne. W tym roku aż sześćdziesiąt, na które otrzymali specjalne błogosławieństwo papieża Franciszka. Nie ma w naszym kraju innej grupy, która w ciągu kilku miesięcy śpiewałaby o Bogu, pokonując trasę liczoną w tysiącach kilometrów. W tysiącach liczy się i ludzi, którzy o Bogu słuchają – jak choćby w Bytomiu, Krakowie czy Lublinie. Bo Claret Gospel to nie zespół muzyczny nastawiony na show, lecz armia Pana, która modli się śpiewem i tańcem. A za dobrowolne ofiary zebrane podczas występów nie imprezuje jak gwiazdy rocka, tylko wspomaga dzieła misyjne w swoim kraju.


    Do Polski po pokój


    Wybrzeże Kości Słoniowej jeszcze do niedawna targane było wojną domową, wynikłą z kryzysu politycznego. Jednak wciąż niezażegnana eskalacja negatywnych nastrojów społecznych nie pozwala na normalne życie. Głównym problemem jest brak pracy. Nawet Michelle, wokalistka Claret Gospel, która jako jedna z nielicznych członków zespołu ukończyła studia (jest prawnikiem), pozostaje bezrobotna.
Gerard Yobo Polskę odwiedza już po raz szósty. Jemu udało się znaleźć zatrudnienie w firmie ochroniarskiej, ale przyznaje, że zarobki są rażąco niskie. Czas spędzony w naszym kraju pozwala mu odpocząć od problemów codzienności. Nie ukrywa, że przyjeżdża tu, by modlić się o pokój. Nie tylko taki, który jest brakiem wojny, ale przede wszystkim o pokój serca. Mieszkańcom Wybrzeża Kości Słoniowej najbardziej go brakuje. – Jeśli będzie pokój, będzie wszystko. Praca, miłość, rodzina... – wymienia. – W waszym kraju też nie jest idealnie, ale jest dobrze. U nas sytuacja nie przestaje być trudna. Polacy są życzliwi i przyjaźnie do siebie nastawieni, w Afryce ludzie ciągle chodzą przygnębieni.
Gerard lubi, gdy pada deszcz i zachwyca się, słuchając trudnego języka polskiego. A i tak „Panie, zmiłuj się nad nami” w wykonaniu Claret Gospel po polsku bije na głowę wszelkie wariacje rodzimych organistów. W wolnym czasie wraz z innymi członkami zespołu odwiedzają supermarket (tak, ta atrakcja została wymieniona jako pierwsza), park wodny czy Jasną Górę. Grają w piłkę nożną... – I w siatkówkę! – dodaje Kader Coulibaly.
Zapytany o chęć zamieszkania na stałe nad Wisłą, Yobo podnosi oczy do góry w chwili zamyślenia. – W Polsce tęsknię za rodzicami i przyjaciółmi. Z kolei u siebie brakuje mi tej serdecznej atmosfery, jaką spotykam tutaj – odpowiada, pozostawiając dylemat nierozwiązany. – Dlatego modlę się o pracę i lepszą sytuację po powrocie, modlę się za księży, którzy pomagają nam i naszym rodzinom oraz za fundację, dzięki której mamy jedzenie i trochę pieniędzy.


    Witają uwielbieniem, 
jak chlebem i solą


    Członkowie zespołu pochodzą z różnych grup etnicznych i w swoim kraju prowadzą własne chóry, jednak podkreślają przynależność do jednego Kościoła. Podczas ich spotkań ewangelizacyjnych nie dokonują się spektakularne cuda. – Najbardziej interesuje ich Eucharystia – mówi o. Roman Woźnica, założyciel i opiekun zespołu, który na misjach w Afryce spędził dwadzieścia lat, a obecnie organizuje pobyt i koncerty Claret Gospel w Polsce. – Chodzi o to, by zbliżyć się do Jezusa. Jedno postanowienie w trakcie ewangelizacji to sukces. W naszym kraju istnieje zapotrzebowanie na taką formę przeżywania wiary, od kilku dni mamy już zaproszenia na przyszły rok.
Ojciec Woźnica podkreśla, że „statyczny, skostniały Kościół europejski musi doświadczyć ducha drugiego wieku chrześcijaństwa, jaki obecnie objawia się w Afryce”. – Tworzymy wspólnotę, w Kościele mamy czuć się jak u siebie w domu – wyjaśnia. – Członkowie Claret Gospel pokazują, jak przeżyć miłość tak mocno, by chcieć do tej wspólnoty wracać. Z takim nastawieniem będziesz solą ziemi, pójdziesz w świat odważnie nieść światłość jak Lew Judy z miłością, a nie ze strachem.
20 sierpnia muzycy Claret-Gospel modlili się i śpiewali w parafii MB Uzdrowienie Chorych w Tarnowskich Górach. W porównaniu z tłumami na innych spotkaniach, to wydawało się bardzo kameralne. Przyszło wiele rodzin, u których członkowie zespołu mieszkali w poprzednich latach. Przed Mszą witali się tak, jak rodzice witają dzieci po długiej rozłące. – Czujemy się tu jak w domu, jak u Matki – mówił podczas kazania o. Woźnica.
Gerard Yobo cieszy się, że na koncert przybyło wielu chorych. – Dużo chorych! – po krótkiej konsultacji z Kaderem wykrzykuje wreszcie po polsku, choć generalnie porozumiewa się po angielsku i francusku. – Polacy czują gospel. Zdarzają się duże spotkania ewangelizacyjne, gdzie wszyscy tańczą i śpiewają, uwielbiając Boga. Wczoraj widziałem łzy w oczach ludzi. To było niesamowite. Modlimy się o wiarę i zdrowie dla nich – zapewnia.
Niesamowite jest również to, że do kraju z ponadtysiącletnią tradycją chrześcijańską przyjeżdża dziesięć osób z Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie wiara w Chrystusa dotarła dopiero przed stu laty. Pokazują nam, jak modli się Afryka. – Spotkaliście Jezusa przed nami, macie więcej doświadczeń – mówi Gerard. – Naszym marzeniem jest podróżowanie po świecie, by przyprowadzić do Ojca jak najwięcej ludzi. Dawać pokój i Dobrą Nowinę tym, którzy jeszcze jej nie znają. Polacy są już gotowi. Teraz czas na innych.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół