• facebook
  • rss
  • Chlewik pod ziemią

    Bogusław Tracz


    |

    Gość Gliwicki 34/3013

    dodane 22.08.2013 00:00

    Nie są bynajmniej wynalazkiem PRL-u, chociaż właśnie w tym czasie zrobiły największą karierę w krajach socjalistycznej gospodarki niedoboru.

    Już w drugiej połowie XIX w. na Górnym Śląsku pojawiły się osiedla robotnicze, gdzie obok domów wydzielano niewielkie skrawki ziemi, mające służyć wypoczynkowi i rekreacji. Ogródki działkowe, bo o nich mowa, sprawdzały się również jako miejsce uprawy warzyw i owoców oraz hodowli drobnego inwentarza, zwłaszcza w okresie niedoborów na rynku żywnościowym, w czasach kryzysów i gospodarczych zawirowań. Stąd zapewne kariera, jaką w drugiej połowie XX w. zrobiły w PRL-u.


    Nie tylko rekreacja


    Ogródki działkowe jako źródło własnego pożywienia powróciły do łask w latach 80. XX w. W obliczu permanentnych braków żywności na rynku własne warzywa i owoce, przetwory na zimę czy jajka okazały się ważniejsze od tzw. rekreacji, tym bardziej że można było z powodzeniem łączyć przyjemne z pożytecznym. W tygodniach poprzedzających święta Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia, wiosną i późną jesienią, nad ogródkami rozciągał się swąd palonych liści, nierzadko połączony z zapachem wędzonej kiełbasy. Na działkach montowano prowizoryczne wędzarnie, w których kłębiły się zrobione domowym sposobem wędliny. Wykonane z mięsa przywiezionego od rodziny ze wsi lub kupionego „na lewo” na targu, najczęściej z nielegalnego uboju.
W warunkach kryzysu działki w dalszym ciągu spełniały przede wszystkim rolę źródła dodatkowej, własnej żywności, wśród której przeważały ziemiopłody. Tymczasem dewastacja środowiska naturalnego na Górnym Śląsku osiągnęła w tym czasie stan ekologicznej katastrofy. Coraz więcej osób zdawało sobie sprawę, z faktu, że spożywanie własnej marchewki lub pietruszki mogło odbić się na zdrowiu.


    „Ekologiczna” marchewka z działki


    Kiedy po sierpniu 1980 r. otwarcie zaczęto mówić o zapaści ekologicznej regionu, coraz częściej pojawiały się głosy nawołujące do zaniechania upraw warzyw i owoców na ogródkach działkowych. Sytuacja była jednak patowa, gdyż – jak pisano w maju 1981 r. na łamach „Trybuny Robotniczej”, wówczas głównej gazety codziennej regionu – „istnienie ogródków działkowych na Śląsku to nie tylko sprawa kultywowania tradycji i ludzkich przyzwyczajeń czy upodobań. Z punktu widzenia gospodarki żywnościowej to daleko idąca konieczność, jeśli się zważy, że woj. katowickie – filar gospodarczy kraju – musi aż 70 proc. samodzielnie zaspokoić potrzeby w zaopatrzeniu swoich mieszkańców w warzywa. Duży udział w tym zaopatrzeniu mają właśnie chętnie uprawiane ogródki działkowe, przydomowe czy nawet niewielkie gospodarstwa rolne”.
W tej sytuacji grządki na działkach zasiewano w dalszym ciągu, a posiadanie własnych, dorodnych „ekologicznych” warzyw i owoców dla niejednego działkowca było przedmiotem dumy. Tymczasem wyniki badań były alarmujące. Wiosną 1982 r. w glebie z ogródków na terenie Bytomia stwierdzono drastyczne przekroczenie dopuszczalnego stężenia tlenków metali ciężkich. Rok później bytomscy radni otrzymali informację o stopniu zanieczyszczenia warzyw i owoców z ogródków na terenie miasta. Okazało się, że ilość cynku przekroczona została 8-krotnie, ołowiu 17-krotnie, a kadmu aż 85-krotnie. W tej sytuacji podjęto uchwałę wstrzymującą rozbudowę istniejących i budowę nowych ogródków działkowych na obszarze Bytomia. Była te jedyna tego rodzaju uchwała na obszarze całego województwa, kiedy w zasadzie w każdym z miast Górnego Śląska, a przynajmniej w tych najbardziej uprzemysłowionych można było z pełnym uzasadnieniem wydać podobne zarządzenie.


    Hodowle pod zakazem


    Dopiero pod koniec dekady w lokalnych mediach zaczęto przekonywać do zaniechania uprawy warzyw i owoców, a Górnośląski Okręg Przemysłowy i Rybnicki Okręg Węglowy zaliczono do obszarów największego zagrożenia ekologicznego w kraju i postulowano, by ogródki działkowe na tych terenach służyły wyłącznie uprawie roślin ozdobnych. W marcu 1989 r. Wojewódzka Rada Narodowa w Katowicach przyjęła uchwałę, w której województwo katowickie ogłoszono obszarem klęski ekologicznej.
Ogródki działkowe w czasach kryzysu służyły nie tylko do uprawy warzyw, owoców i roślin ozdobnych. Na terenie Bytomia, Gliwic i Zabrza, a także w innych miastach nie brakowało amatorów hodowli królików i drobiu, co było zgodne z obowiązującymi przepisami. Nie wolno było natomiast hodować zwierząt futerkowych (nutrii i lisów) oraz bydła i nierogacizny. Pomimo istniejących zakazów niektórzy działkowcy nie dali za wygraną i próbowali hodować świnie. Były to przypadki nieliczne, jednak bardzo pomysłowe. Różnymi metodami próbowano zamaskować posiadany inwentarz. Prowizoryczne chlewiki obijano materiałem dźwiękoszczelnym, a nawet zdarzały się przypadki budowania tego rodzaju pomieszczeń pod ziemią, tak by były niewidoczne dla ciekawskich oczu społecznych inspektorów i „życzliwych” sąsiadów. Pewien gliwiczanin zbudował pod ziemią sporych rozmiarów chlewik, który posiadał specjalny system wentylacji i oświetlenie. Hodowla w konspiracji, niestety, nie udała się i pomysłowy amator świeżej wieprzowiny trafił przed kolegium ds. wykroczeń.


     

    Autor jest historykiem, pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół