• facebook
  • rss
  • Z duszą w parze

    ks. Waldemar Packner


    |

    Gość Gliwicki 33/2013

    dodane 15.08.2013 00:00

    Pasja. Jedyny na Śląsku czynny parowóz znajduje się w Pyskowicach. Zanim wyjechał na tory, grupa miłośników kolei przez 4 lata remontowała go każdego dnia, a często i w nocy.


    Parowóz Ty 42-24, bo o nim mowa, służył do 1988 roku. Potem stał i rdzewiał. Zanim zupełnie wygasły jego kotły, robił za piec ogrzewający dużą halę. – Gdyby nie my, podzieliłby los tysięcy lokomotyw, które trafiły na złom. Daliśmy mu nowe życie, a wszędzie, gdzie się pokazuje, wzbudza respekt i szacunek – nie kryje satysfakcji Zbigniew Jakubina, prezes Towarzystwa Ochrony Zabytków Kolejnictwa i Organizacji Skansenów w Pyskowicach.
Sam prowadzi lokomotywy spalinowe.

    – Ale to nie to, co parowozy. Lokomotywa parowa ma duszę, ona żyje, praca przy niej uczy szacunku, dokładności i wymaga serca. Ona zaś odwdzięcza się tym, że nigdy nie zawodzi. Maszynista parowozu i sama maszyna to jakby naczynia połączone – mówi Z. Jakubina. O parowozach może mówić bez końca, zna każdy szczegół i każdy detal olbrzyma, którego długość wynosi prawie 23 m, a masa służby wynosi 145 ton!


    Parowozy jednego kierunku


    Zbigniew Jakubina oprowadza po skansenie. Jak z rękawa sypie datami, cyframi, technicznymi szczegółami. – Proszę spojrzeć na ten parowóz, to Ty 2, których wyprodukowano prawie 6 tys. sztuk. Były to tzw. Kriegsloki (od Kriegslokomotive), czyli lokomotywy wojenne. Czasem nazywano je parowozami jednego kierunku, bo ich zadaniem było dowieźć żołnierzy i sprzęt na front. Jeśli miały szczęście, to wracały z powrotem, często kończyły jednak tragicznie – opowiada pan Zbigniew.
Dodaje, że od innych parowozów różni je ponad 55 uproszczeń. Budowano je szybko, tanio, w dużych ilościach i z założeniem, że mogą wykonać tylko jedną drogę. Okazały się jednak jednymi z najlepszych konstrukcji parowozów, a w Polsce służyły aż do 1992 roku. – Po wojnie z części, które Niemcy zostawili w swoich zakładach, zbudowano jeszcze 149 tych parowozów – opowiada Zbigniew Jakubina.
Sam pochodzi z rodziny o kolejarskiej tradycji. Maszynistą był ojciec, dziadek żony woził pasażerów we Lwowie, kolejowego bakcyla złapał również jego syn. – Jeździ ze mną po Polsce, czasem godzinami leżymy pod ruiną jakiegoś parowozu, aby go przygotować do transportu do Pyskowic.
Towarzystwo Ochrony Zabytków Kolejnictwa i Organizacji Skansenów powstało w 1998 roku. Obecnie należy do niego 18 osób – studentów, kolejarzy, emerytów... Wszystkich łączy jedno – kolejowa pasja. Pyskowice były kiedyś kolejową potęgą. Tu znajdowała się trzecia co do wielkości w Polsce stacja rozrządowa, a podczas wojny Niemcy planowali stworzyć w Pyskowicach jeden z największych węzłów kolejowych Europy. Część infrastruktury została zbudowana, obecnie popada w ruinę.
– Od dziecka byliśmy pasjonatami kolei. Z bratem Krzysztofem, który jest wiceprezesem stowarzyszenia, przychodziliśmy tu i godzinami patrzyliśmy na pociągi. Dziś chcemy ocalić od zapomnienia i zniszczenia najpiękniejsze i naprawdę cenne kolejowe zabytki – tłumaczy Z. Jakubina.


    Wskrzesić pod parę


    W ciągu kilkunastu lat zgromadzili kilkadziesiąt eksponatów, wiele z nich jest unikatowych. – Pierwszą lokomotywą, którą udało nam się sprowadzić, był parowóz TKp typu „Śląsk”. Były produkowane na potrzeby przemysłu ciężkiego i wydobywczego, wiele egzemplarzy trafiło nawet do Chin – opowiada prezes TOZKiOS. Obecnie trwają przygotowania do tego, aby bardzo zniszczony egzemplarz przywrócić do życia. – Pod parę. Wiemy, ile to kosztuje pracy, poświęcenia, czasu, wysiłku i własnych pieniędzy. Kiedy jednak lokomotywa buchnie parą, da gwizdek i ruszy w drogę, o tym wszystkim się zapomina – pasjonuje się pan Zbigniew.
Obecnie w Pyskowicach znajduje się pokaźna kolekcja kolejowego taboru – ponad 70 sztuk. To lokomotywy parowe, spalinowe, pomocnicze, drezyny, wagony towarowe, osobowe z różnych lat produkcji i w różnym stanie dewastacji. Najstarsza lokomotywa pochodzi z 1942 roku. – Ten parowóz zbudowano w Berlinie na potrzeby koncernu przemysłowego Hermana Goeringa. Zresztą w nazwie miały określenie „Oberschlesien” (Górny Śląsk). Powstało ich zaledwie 28 sztuk, a nasz egzemplarz jest jedyny w Polsce – opowiada pan Zbigniew.
Do ciekawych eksponatów pyskowickim skansenie należą niewielka lokomotywa spalinowa z 1930 roku, która wcześniej była napędzana silnikiem gazowym, a także wagon z 1929 roku, przystosowany do transportu pyłu węglowego. To jedyny w Polsce taki egzemplarz. W Pyskowicach można zobaczyć także jednostkę W90 z lat 30. XX wieku. To wagony metra berlińskiego, które potem przerobiono na pociąg ratunkowy. 40 takich jednostek trafiło do Polski jako odszkodowanie wojenne i kursowało na trasach dalekobieżnych.
Dumą skansenu i członków towarzystwa jest sprowadzony z Łaz parowóz Ty 42-24, zbudowany w 1945 roku. Zanim wyjechał na tory, przez cztery lata był remontowany. Z zardzewiałego i zniszczonego żelastwa stał się jedynym czynnym parowozem na Śląsku, a wygląda jakby co dopiero został wyprodukowany. – Przychodziliśmy z pracy, zjedliśmy coś i szliśmy do kolejnej pracy przy lokomotywie. Na pewno wtedy więcej czasu poświęcaliśmy tej maszynie niż rodzinie – wspomina pasjonat. Dziś parowóz jest ozdobą każdego kolejowego pikniku. Zanim wyjedzie w drogę, przez 8 godzin rozpala się palenisko, które powoli ogrzewa potężny kocioł z wodą, około 20 tys. litrów. Tender – zbiornik mieszczący się za parowozem – może pomieścić zapas 32 ton wody i 10 ton węgla. To wystarczy na przejechanie około 200 km.


    Ciągle pod górkę


    Skansen boryka się jednak z wieloma problemami. Stowarzyszenie od powstania działa dwutorowo. Z jednej strony gromadzi i ratuje stary tabor, z drugiej stara się o uzyskanie na własność terenu byłej parowozowni, która w ubiegłym roku obchodziła 110 lat powstania. – Mamy lokomotywy, wagony, czynny parowóz, a tak naprawdę nie mamy siedziby – opowiada Zbigniew Jakubina. Choć PKP pozbywa się dworców i niepotrzebnych obiektów, to według obowiązującego prawa towarzystwo nie może uzyskać praw do nabycia tych ruin. – Chcemy kupić teren i obiekty, które są kompletnie zniszczone, a które PKP generują tylko straty. Chcemy zająć się tymi obiektami i ocalić od zupełnej dewastacji. Ale mogą to zrobić tylko gminy, samorząd wojewódzki, powiat lub państwowa jednostka organizacyjna – żali się prezes TOZKiOS.
Czasem słyszy, że dostaną teren i zrujnowane obiekty, a potem się im znudzi. – Gdyby miało nam się znudzić, to stałoby się to już dawno. Choć ciągle mamy pod górkę i więcej stawia nam się problemów, niż pomaga, to wcale nam się nie znudziło, ani na chwilę. A zamierzamy zabrać się za uruchomienie kolejnego parowozu – planuje Z. Jakubina.
Niedawno zawalił się dach parowozowni wpisanej w rejestr zabytków. Choć PKP zapłaciło za to karę, nadal nie ma szans na to, aby obiekty przekazać pasjonatom z Pyskowic. Mają plany, wiedzą, jak wykorzystać obiekty i skąd wziąć pieniądze. Brakuje tylko decyzji. •
Więcej można przeczytać na: www.tozk.org.pl. Tam też o możliwości zwiedzenia skansenu. Galeria zdjęć na: gliwice.gosc.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół