• facebook
  • rss
  • Klucze jak relikwie

    Bogusław Tracz

    |

    Gość Gliwicki 31/2013

    dodane 01.08.2013 00:00

    Ogromne rzesze Polaków zostały zmuszone po wojnie do opuszczenia ojcowizny na Kresach i osiedlenia się na terenach należących przed wojną do państwa niemieckiego.

    Prawie pół wieku przesiedlenia określano jako „repatriację”, czyli „powrót do ojczyzny”. Miało to uzasadnienie polityczne i propagandowe, ale nie odpowiadało faktycznej sytuacji, w jakiej znaleźli się przesiedlani. Wyjeżdżając przecież na Zachód, na zawsze opuszczali ziemię ojców.

    Nierozpakowane skrzynie

    Dla wielu Górny Śląsk był zaledwie krótkim przystankiem w dalszej wędrówce na Zachód, część nie miała jednak zamiaru zbytnio oddalać się od swojej małej ojczyzny. Osiedlano się przede wszystkim w Bytomiu, Gliwicach i Zabrzu oraz we wsiach i miasteczkach Śląska Opolskiego. Już w pierwszych miesiącach po wojnie powstały liczne zakłady rzemieślnicze, prywatne restauracje i kawiarnie, nazwą – a często i wystrojem – nawiązujące do miejsc bezpowrotnie utraconych. Oprócz reprezentantów licznych zawodów ważną część przybyszów stanowiła inteligencja – nauczyciele, urzędnicy, przedstawiciele wolnych zawodów, naukowcy. Ostoją tradycji kresowych było m.in. harcerstwo, w którym odnalazło się sporo instruktorów i harcerzy Chorągwi Lwowskiej. Liczni Kresowianie po przybyciu na Górny Śląsk zaangażowali się w życie polityczne, zarówno w partiach i organizacjach działających legalnie, jak również w strukturach nielegalnych i oddziałach antykomunistycznego podziemia zbrojnego. Adaptacja w nowym miejscu nie była łatwa. Górny Śląsk posiadał swoją specyfikę.

    Różnice językowe, odrębność kulturowa, przekonanie o niesprawiedliwości przesiedlenia, traktowanie nowego miejsca zamieszkania jako tymczasowego – wszystko to z pewnością wielu nie ułatwiało życia w nowym otoczeniu. Wielu Zabużan do końca życia nie pogodziło się z utratą Lwowa, Stanisławowa czy Drohobycza. Przez pierwsze powojenne lata wciąż liczono, że los się jeszcze odmieni i powrót na wschód, „do siebie”, okaże się możliwy. Krążące plotki o mającej nadejść trzeciej wojnie światowej niosły nadzieję nie tyle na kolejny krwawy konflikt, ile na zmianę powojennego układu sił w Europie i powrót do przedwojennych granic. Nic takiego się nie stało. Pomimo to niektórzy wciąż trzymali w domach nierozpakowane drewniane skrzynie albo walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, na wypadek gdyby nagle okazało się, że można wracać. W szufladach i szkatułkach przechowywano, niczym najcenniejsze relikwie, klucze do pozostawionych mieszkań. Wciąż z nadzieją, że kiedyś znów zostaną użyte zgodnie ze swoim przeznaczeniem.

    „Warszawianka” zamiast „Lwowianki”

    Likwidacja opozycji po 1947 r. i przyjęcie przez polskich komunistów polityki szybkiej i całkowitej adaptacji wzorców sowieckich przekreśliły szansę na kultywowanie pamięci Kresów w przestrzeni publicznej. Wraz z likwidacją większości zakładów rzemieślniczych i prywatnych lokali w ramach tzw. bitwy o handel z ulic górnośląskich miast zniknęły szyldy mówiące o ich kresowych korzeniach. „Mistrza fryzjerskiego ze Lwowa” zastąpił niedookreślony „Fryzjer”, a kawiarnię „Lwowianka” przemianowano na „Warszawiankę”. Urodzonym na Kresach w dowodach osobistych jako miejsce urodzenia wpisywano ZSRR. Dopiero pod koniec lat 80. XX wieku, w obliczu erozji systemu komunistycznego, władze zgodziły się na powstanie pierwszych towarzystw i organizacji zrzeszających mieszkańców dawnych polskich ziem położonych na wschód od linii Bugu. Od 1988 r. w Bytomiu i Gliwicach zawiązały się oddziały wrocławskiego Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, rok później kolejne oddziały powstały w Katowicach i Tychach, a w 1990 r. – w Zabrzu. Mniejsze towarzystwa założyli również w górnośląskich miastach mieszkańcy Drohobycza, Stryja, Wilna i innych miejscowości. Próbowano nadgonić stracony czas. Wiosną 1990 r. minęło 45 lat od chwili, kiedy pierwsze transporty z przesiedlonymi ze Wschodu przyjechały na Górny Śląsk. Ci, którzy w 1945 r. mieli około 20 lat, w 1990 r. zbliżali się do siedemdziesiątki. Wielu było schorowanych, a najstarsi, pomimo szczerych chęci, nie mogli się już czynnie zaangażować w pracę nowo powstałych towarzystw. Swoje najaktywniejsze lata przeżyli w czasach, kiedy miejscem kultywowania pamięci o utraconym świecie były co najwyżej cztery ściany własnego mieszkania. Mieszkania, które pomimo upływu prawie półwiecza dla wielu wciąż pozostało obcym, cudzym domem. Autor jest historykiem, pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół