• facebook
  • rss
  • Potrzebują naszej wiary

    Mira Fiutak

    |

    Gość Gliwicki 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:00

    Misje. Rozmowa z ks. Jarosławem Zawadzkim, który właśnie wrócił z 6-letniej pracy misyjnej w Czadzie.

    Mira Fiutak: Przed wyjazdem do Czadu mówił Ksiądz, że misjonarz przez pierwsze pięć lat w nowym miejscu powinien bardziej słuchać niż mówić...

    Ks. Jarosław Zawadzki: Starałem się o tym pamiętać, ale w przypadku księży diecezjalnych to jest trudne. Zakonnicy jadą do wspólnoty, która zna kraj i wprowadza ich we wszystko. Jest pewna ciągłość, jedni zaczynają, inni kontynuują. Wtedy można sobie pozwolić na taki dystans. W naszym przypadku jest gorzej, bo zwykle po kilku miesiącach jesteśmy samodzielni i musimy działać. A to może być pułapką. Moim zdaniem, często za dużo jest tego aktywizmu. W liczbach Kościół w Afryce rośnie, ale jakościowo wygląda to różnie. Mówię oczywiście o moim doświadczeniu czadyjskim. Dwa lata temu w okresie wielkanocnym ochrzciłem ponad 600 osób, bo właśnie kończył się 4-letni katechumenat. Problem w tym, że nie za bardzo mamy czas i możliwość, żeby poprowadzić tych ludzi dalej, pójść z nimi w głąb.

    Jak wygląda to przygotowanie do chrztu?

    Prowadzą je w językach lokalnych katechiści, ponieważ po francusku komunikuje się tylko kilka procent ludzi. Ogólnie poziom przygotowania jest niski, bo na 200 katechistów w naszej parafii tylko 25 jest po formacji. Niektórzy starają się robić to dobrze, inni w ogóle się nie przejmują. Do tego dochodzą kwestie materialne, katechiści mają z tego zysk, więc czasem nie przejmują się jakością, a stawiają na ilość.

    Na spotkaniu z grupami misyjnymi z diecezji gliwickiej mówił Ksiądz o tym, że chociaż czasem brakuje głębi, Afrykanie są naturalnie religijni.

    Tak, Afrykanie z natury wierzą. Nie trzeba im tłumaczyć tego, że Pan Bóg jest. Nie potrafią zrozumieć, że my, Europejczycy, wątpimy w Jego istnienie, że w ogóle można być ateistą. Ich wiara nie jest głęboka, ale nie ma się czemu dziwić. To jest młody Kościół, trzy lata temu w Czadzie obchodziliśmy 75. rocznicę przybycia pierwszych misjonarzy. Nie było czasu na zakorzenienie wiary, ale z drugiej strony chciałoby się oczekiwać, że będzie tam obecna ta pierwsza gorliwość wierzących i ten Kościół będzie żywotniejszy.

    Pracował Ksiądz na południu Czadu, w bardziej chrześcijańskiej części kraju, w porównaniu z północą.

    Chrześcijanie stanowią tam większość, w połowie katolicy i protestanci. Muzułmanów – którzy mieszkają głównie w miastach, z uwagi na interesy, na handel – nie ma za wielu, choć trzeba przyznać, że ich przybywa i są dość aktywni. Animiści to zaledwie garstka, co nie znaczy, że ludzie nie praktykują tych pierwotnych wierzeń. Nawet ochrzczeni odwiedzają marabuta, swojego czarownika, składają ofiary duchom i... boją się ich. Nasza parafia Bologo, należąca do diecezji Lai, jest bardzo młoda, samodzielnie funkcjonuje od 10 lat. Liczy 160 wiosek, ale terytorialnie nie jest rozległa, do najdalszych miejsc jest około 45 km. Całość podzielona jest na 17 sektorów. W nich odbywają się np. rekolekcje wielkopostne, dożynki, bo przecież nie bylibyśmy w stanie dotrzeć do każdej wioski.

    Ilu księży w niej pracuje i na czym skupiała się wasza praca?

    Byliśmy we dwójkę. Nasza praca polega głównie na koordynowaniu całości, tam trzeba być od wszystkiego. Cztery lata temu wystartowaliśmy ze szkołą katolicką. W wiosce jest szkoła państwowa – od klasy pierwszej do matury – ale poziom jest strasznie niski. W ubiegłym roku na kilkadziesiąt osób tylko cztery zdały maturę. Mało kto z uczniów ma książkę. Dzieci piszą kredą na drewnianych tabliczkach, a generalnie uczą się na pamięć. Różne organizacje przysyłają podręczniki, ale jest taka korupcja, że wszystko to jest sprzedawane. Szkołę katolicką prowadzą siostry zakonne, Kongijki, które pracują w naszej parafii. Tu poziom jest już znacznie wyższy. Mamy też preseminarium, coś w formie internatu dla 12-, 14-letnich chłopaków. Chodzą do szkoły państwowej, a my organizujemy dla nich douczanie i formację duchową, przygotowujemy ich do sakramentów. Ci chłopcy bardzo szybko szli do góry w rozwoju. W Lai jest niższe seminarium dla naszej diecezji, a w Ndjamenie, stolicy, jedyne w kraju wyższe seminarium. Co roku wyświęcanych jest od kilku do kilkunastu księży.

    A powołania do żeńskich zakonów?

    Z nimi jest gorzej. Przekonanie, że kobieta ma mieć rodzinę i rodzić dzieci, jest bardzo silne. Nasze siostry prowadzą internat dla dziewcząt z formacją dla nich i nie mają żadnych powołań. Nawet jak któraś z nich zdecyduje się, to wytrzymuje w nowicjacie tylko kilka miesięcy – tak silna jest presja otoczenia. Jest tylko jeden zakon żeński, który ma powołania. Założyła go wśród miejscowych siostra z Belgii. Tak jest w Czadzie. W Kamerunie, gdzie często bywałem, jest inaczej, a w Nigerii jest mnóstwo powołań.

    Czego Kościół w Czadzie oczekuje od nas, Kościoła w Europie?

    Najbardziej czekają na rzeczy materialne, ale to dlatego, że my, misjonarze, do tego ich przyzwyczailiśmy. Biały przyjeżdża, buduje szkołę, studnię, będzie dawał pieniądze i rozdawał cukierki. Ale tak naprawdę to ten Kościół najbardziej potrzebuje naszej modlitwy i silnej wiary. Nie można domu stawiać od dachu, trzeba najpierw położyć fundament, a fundament jest jeden – Pan Jezus. Inaczej to wszystko będzie się walić.

    A widać skutki odwrócenia tej hierarchii?

    Dwa lata temu w Afryce Środkowej księża tubylcy zrobili strajk przeciw obecności białych misjonarzy, przeciw celibatowi. Zostało to uporządkowane, ale było dość mocne napięcie, a już sam fakt, że do takich rzeczy dochodzi, jest bolesny. I powinno dać nam do myślenia. Może trzeba zastanowić się nad formacją. W wyższym seminarium w Ndjamenie na stałe jest czterech księży formatorów, którzy są ojcami duchownymi, wykładowcami i robią wszystko. A w Polsce mamy tylu doktorów teologii i filozofii. Dlaczego nie mieliby tam pojechać? A wierni? Nie mają np. potrzeby uczestniczenia w nabożeństwach. Różaniec się nosi na karku, ale na nabożeństwach różańcowych są tylko nasi chłopcy i... nasz pies Pimpek. Od czterech lat próbujemy zachęcać do adoracji. W dniu targowym, kiedy tłumy przechodzą obok kościoła, wystawiamy Najświętszy Sakrament. I niewiele z tej naszej zachęty wyszło. Jest to zachodni model duszpasterstwa, przyniesiony przez misjonarzy. W niedzielę Msza, a w tygodniu spotkania z katechistą na liturgii słowa – ale i z tym nie jest kolorowo. Moje wcześniejsze doświadczenie Kościoła czeskiego, gdzie mieliśmy do czynienia właściwie z diasporą, było zupełnie inne. Miałem możliwość indywidualnych kontaktów, spotkań z poszczególnymi rodzinami i powoli przynosiło to owoce. Ale na to można pozwolić sobie w parafii, gdzie jest 200 osób w kościele. A jak jest 160 wiosek nie ma na to szans.

    Próbuje się jakoś zmienić tę sytuację?

    Rozmawialiśmy o tym z naszym biskupem, który jest Hiszpanem. Zastanawialiśmy się, czy nie byłoby dobrze zatrzymać te wszystkie aktywności, włącznie z udzielaniem chrztu, i zająć się konkretną formacją katechistów. Nie wszyscy księża byli chętni, bo np. każdy chrzest to pieniądze dla parafii – poza roczną opłatą wiernych (1,5 euro na rok) i dziesięciną z płodów ziemi nie ma za wiele innych źródeł utrzymania parafii. My, biali, poradzimy sobie, bo mamy pomoc finansową, ale dla księży Czadyjczyków to już będzie problem. I robi się trochę takie błędne koło. Trzeba dużo odwagi i pomyślunku, żeby to dobrze zorganizować... Te 6 lat w Czadzie to był trudny czas, ale dobry. Czas wielu doświadczeń, których bym nie miał nigdzie indziej.

    Na przykład?

    Kościoła misyjnego i powszechnego. Bo przecież tam nie tylko są Czadyjczycy, tam jest cały świat. Misjonarze z różnych stron, również z krajów misyjnych. Są Hindusi, Meksykanki, Kolumbijki, Nigeryjczycy, księża z Beninu... Cenne jest samo doświadczenie Kościoła afrykańskiego, spontaniczności. I codzienne życie, ujmujące relacje na zasadzie jednej wielkiej rodziny. Bardzo bezpośrednie – nie ma tam naszego „to jest pan inżynier, a to górnik”. Wszyscy są na „ty”, wszyscy są braćmi i siostrami.

    Czy po pobycie w Polsce chciałby Ksiądz wrócić do Czadu?

    Nie mówię nie. Po skończonym 6-letnim kontrakcie pracy misyjnej w Czadzie zaplanowałem sobie rok sabatyczny. Kiedy wyjeżdżałem, nasz biskup powiedział, że będzie się modlił, żebym wrócił. Teraz mam czas na to, żeby sobie wszystko na nowo poustawiać, przemodlić. W przyszłym roku chciałbym wyjechać na dwa, trzy miesiące na pustynię do Algierii, do Małych Braci Jezusa w Tamanrasset. „Przeżyć” pustynię, pomedytować... Cisza i Pismo Święte – to wystarczy. Co będzie dalej? Na pewno kontynuacja tej mojej pielgrzymki. Ale gdzie? To już Pan Bóg jakoś zorganizuje. Chciałbym w tym momencie podziękować ks. Konradowi, Piotrowi, Klaudiuszowi i Pawłowi i parafianom z Karbia, z parafii mariackiej w Bytomiu, z Zandki i Dolnej, ks. Bernardowi i wszystkim bliższym i dalszym za modlitwy i każdy przejaw pamięci i troski w ciągu tych 6 lat.• Ks. Jarosław Zawadzki (ur. 1966 r.) pochodzi z Bytomia-Karbia. Po święceniach w 1993 r. pracował w parafii Wniebowzięcia NMP w Bytomiu. Potem przez 9 lat był na misjach w Czechach. Po roku przygotowań w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie wyjechał do Czadu, gdzie 6 lat pracował w Bologo, w diecezji Lai.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół