• facebook
  • rss
  • Hołd spadkobierców

    dodane 11.04.2013 00:00

    O podtrzymywaniu tradycji, prześladowaniach i dramatach śląskich księży z ks. inf. Pawłem Pyrchałą rozmawia ks. Waldemar Packner.

    Waldemar Packner: Dlaczego zdecydował się Ksiądz opisać życie ks. Jerzego Jonienca?

    Ks. inf. Paweł Pyrchała: Jego życie wpisuje się w wielką koncepcję duszpasterstwa na Śląsku, które uwzględniało wielokulturowość polską, niemiecką i morawską. Niebezpieczeństwo w myśleniu duchownych i świeckich polega na przekonaniu, że wiele, o ile nie wszystko, zaczyna się od nas. Tymczasem nie wszystko zaczęło się od plebiscytu i powstania diecezji katowickiej w 1925 roku, lub od 1945 roku, czyli zorganizowania administracji Śląska Opolskiego i powstania diecezji opolskiej, czy od powstania diecezji gliwickiej 21 lat temu.

    Błąd w patrzeniu na historię Kościoła na Śląsku polega na tym, że często gubi się przekonanie o ciągłości z tym, co było przedtem. Tymczasem jesteśmy spadkobiercami wielowiekowej i różnorodnej tradycji wiary, która na Śląsku zawsze była żywa, choć tak często zmieniały się tu polityczne i państwowe uwarunkowania. Działalność duszpasterska współczesnych musi się wpisać w kontynuację działalności wielkich i świętych duszpasterzy, których wydała ta ziemia. Jednym z nich był właśnie ks. prałat Jerzy Jonienc.

    Czy grozi nam zapominanie o śląskiej historii?

    Uważam, że tak. Jeżeli ktoś nie szanuje przeszłości, jest niegodny przyszłości. Szczycimy się wielkimi świątyniami i podziwiamy stare, zabytkowe kościoły, bo one z jednej strony są świadectwem głębokiej pobożności Ślązaków, a z drugiej pokazują, jak wspaniałych duszpasterzy polskich, niemieckich i morawskich przez wieki miała i wydała ta ziemia. W dziedzictwie przeszłości otrzymaliśmy nie tylko wspaniałe kościoły, ale także świadectwo życia gorliwych, wręcz bohaterskich księży. O tym nie wolno nam zapominać.

    W ubiegłym wieku wierni i księża doświadczyli na Śląsku piekła dwóch wrogich Kościołowi totalitaryzmów – faszyzmu i komunizmu. Często ci sami duchowni spotykali się z wrogością obu systemów.

    Tak było w przypadku ks. Jonienca i wielu innych. Jako młody ksiądz został uznany za polonizatora i był prześladowany przez faszyzm. Znane są szykany, jakim został poddany za to, że w Taciszowie, nazywanym wówczas Vatershausen, organizował dni skupienia dla młodzieży z całego Górnego Śląska. Dotarłem do tajnego raportu NSDAP, w którym napisano, że „można go uznać za adwokata polskiego ruchu w tutejszej komórce”, a chodziło o nabożeństwo w Kleszczowie w 1937 roku, kiedy ks. Jonienc podczas święcenia miejscowego cmentarza modlił się po polsku i mimo że nie było tego w oficjalnym programie uroczystości, zaintonował pieśń „Serdeczna Matko”, którą uważano za nieformalny hymn tamtejszych polskojęzycznych mieszkańców.

    I cudem uniknął zesłania do obozu koncentracyjnego...

    Za zorganizowanie w maju 1941 roku tradycyjnej pielgrzymki młodzieży żeńskiej na Górę Świętej Anny uznany został za wroga Hitlera, bo w tym samym czasie naziści zorganizowali zlot swojej młodzieży w amfiteatrze. Zaledwie kilka tygodni po nominacji na proboszcza w Gliwicach-Sośnicy został aresztowany przez gestapo i na trzy miesiące osadzony w gliwickim więzieniu. Dzięki modlitwom i staraniom wielu ludzi, a zwłaszcza jego siostry, został praktycznie cudem wypuszczony na wolność.

    Ten sam człowiek po wojnie doświadczył jednak wielu szykan i prześladowań jako... germanizator?

    I to było dramatem wielu śląskich księży. Dla nich zawsze najważniejsza była troska o wiernych, a nie sprawy ideologiczne czy polityczne. Dlatego, kiedy po II wojnie światowej spowiadał ludzi w języku niemieckim, bo tylko taki znali, został uznany za wroga państwa polskiego. Dotarłem do wielu dokumentów Urzędu Bezpieczeństwa, potem SB, do raportów gliwickiej Rady Narodowej, w których określa się go jako wywrotowca. W jednym z tajnych donosów napisano, że „w dalszym ciągu uprawia wrogą robotę, która jest wybitnie szkodliwa dla naszego ustroju”. W książce pokazałem bogatą korespondencję pomiędzy władzami Stalinogrodu, jak wtedy nazywały się Katowice, a kurią w Opolu, w której domagano się usunięcia ks. Jonienca jako germanizatora i wroga państwa.

    Takie przypadki nie były odosobnione?

    Nie były. Za wierność Kościołowi i troskę o wierzących wielu księży było prześladowanych przez władze faszystowskie, a po wojnie przez władze komunistyczne. Ci pierwsi prześladowali ich za polskość, drudzy za niemieckość. Tymczasem sprawy polityki wcale ich nie interesowały. Jedyne, co leżało im na sercu, to dobro i pożytek wiernych. Nic więcej.

    Ta książka, choć o jednym człowieku, pokazuje skomplikowane dzieje Śląska i Ślązaków.

    Dokładnie tak jest. A naszym obowiązkiem jest pamiętać o tym, aby pomnażać wielowiekowe dobro, które swoim poświęceniem i często ofiarą krwi budowało tylu wspaniałych księży. Myślenie, że wszystko, co dobre, zaczyna się od nas, może być przejawem pychy, a na pewno jest nieznajomością historii tej ziemi.

    Ks. Jerzy Jonienc

    Urodził się 17 lipca 1902 roku w Czernicy k. Rybnika. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk kard. A. Bertrama 30 stycznia 1927 roku. Był wikarym w Opolu, następnie prefektem szkolnym we Wrocławiu, wikarym w Liebenthal i Białej. Krótki czas był administratorem parafii w Chrząszczykach, Łubowicach i Zawadzkiem. Był to okres wielu napięć, dlatego został przeniesiony do Taciszowa, gdzie pełnił funkcję kuratusa w latach 1934–1941. 20 maja 1941 r., po męczeńskiej śmierci ks. dr. Antoniego Korczoka, budowniczego kościoła w Gliwicach--Sośnicy, został tam proboszczem. W tej parafii służył przez 45 lat. Zmarł 2 sierpnia 1989 r. i został pochowany na miejscowym cmentarzu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół