• facebook
  • rss
  • Kamienne gody

    ks. Waldemar Packner

    |

    Gość Gliwicki 15/2013

    dodane 11.04.2013 00:00

    Ludzie. Paulina i Konrad Pikosowie pobrali się 70 lat temu. Nie licząc trzech lat wojny, kiedy mąż został siłą wcielony do Wehrmachtu, są ze sobą bez przerwy.

    Razem mieszkają i razem pracowali, w tym samym zakładzie i w tym samym zawodzie – jako fryzjerzy. Ich mamy nosiły to samo imię – Franciszka. Różni ich jedynie wiek – mąż pani Karoliny jest od niej o dziewięć lat starszy. A poznali się przez przypadek, choć przypadkowi pomogła trochę przyszła teściowa...

    Widziałaś Opole?

    Paulina Ciolek mieszkała w Chorzowie. Wspomina kochających rodziców i cudowny dom rodzinny. – Żyliśmy wszyscy pod jednym dachem w szacunku i szczerej miłości. Miałam wspaniałych rodziców, uczyłam się na fryzjerkę. Rodzice dawali mi dużo swobody, ale ja odwdzięczałam się tym, że nigdy ich nie zawiodłam – wspomina dziś 90-letnia kobieta. Do zakładu przychodziła czasem Berta Kempa ze swoją, mieszkającą w Koszęcinie, przyjaciółką Franciszką Pikos. – Zwykle chciały, abym to ja je czesała; robiłam to z przyjemnością, choć nieszczególnie zwracałam uwagę na moje klientki – opowiada pani Paulina. Kiedyś Berta Kempa niespodziewanie zapytała ją, czy widziała Opole i czy nie pojechałaby w niedzielę z nią i jej nastoletnią córką zobaczyć miasto. Gdy zgodzili się rodzice, zgodziła się również Paulina. Miała wtedy 18 lat. W tramwaju okazało się jednak, że Berta jest sama, a gdy Paulina chciała wysiąść, ta powiedziała, że w Bytomiu wsiądzie jeszcze kobieta, którą dobrze zna z zakładu. Była to Franciszka Pikos, przyszła teściowa. – Nie rób nam tego. Chcemy poczuć się młode w twoim towarzystwie, a poza tym nie byłaś przecież nigdy w Opolu – przekonała mnie Berta, gdy byłam zdecydowana wrócić do domu. I tak pojechały do Opola. Pogoda była piękna. Spacerując po mieście, Franciszka Pikos zaproponowała, aby zrobić jej synowi niespodziankę i odwiedzić go. Konrad miał wtedy 27 lat, pracował jako fryzjer i mieszkał w niedużej kawalerce. Paulinie serce biło jak oszalałe. – Nie chciałam tam iść, ogromnie się bałam, ale obie panie przekonały mnie, że razem pójdziemy do kościoła. Była przecież niedziela i trzeba było iść na Mszę – wspomina wyjazd do Opola. Gdy zapukali i weszli do mieszkania, Konrad na taborecie wiązał buty, za chwilę miał iść do kościoła. Po latach czas nie zatarł nic w pamięci z tego spotkania, a był to maj 1942 roku.

    Ładny Hut

    Gdy razem szli do kościoła, pomyślała, że musi się uspokoić. Zwolniła kroku i przypatrzyła się Konradowi, którego znała zaledwie od godziny. – Byłam niezwykle pedantyczna, więc patrzyłam, czy on jest w porządku albo czy nie jest czasem jakimś Halunke (niem. łajdak). Jeśli będzie Halunke, to zaraz się zgubię – zaplanowała pani Paulina. Zauważyła, że spodnie Konrada są wyprasowane „na kant”, koszula czysta, włosy ładnie ostrzyżone, a na głowie ładny Hut (niem. kapelusz) – słowem: żaden Halunke. Przy pożegnaniu Konrad niespodziewanie zapytał, czy w następną niedzielę może ją odwiedzić w Chorzowie. Ponieważ Paulina nigdy nie lubiła spacerowania po mieście, od razu zaproponowała, że pójdą na obiad do jej rodziców. Konrad chętnie się zgodził. Gdy ten dzień nastąpił, po odprowadzeniu Konrada do pociągu Paulina wróciła do domu. Rodzice dalej siedzieli przy stole. – Usiądź obok nas, musimy porozmawiać – zagadnęła mama. – Powiedziała, że „nie jest to człowiek do robienia za błazna”. A ty jeszcze lubisz z koleżankami grać w piłkę. Bo lubiłam – wspomina pani Paulina i dodaje, że Konrad od razu spodobał się przyszłym teściom, a jego rodzice bardzo polubili Paulinę. Dziesięć miesięcy później, 3 marca 1943 roku, odbył się w ich ślub w kościele św. Marii Magdaleny w Chorzowie. Mszy przewodniczył ks. Sylwester Oszek. Bez organisty, bo w dzień ślubu rano dostał natychmiastowe wezwanie na front. Do ślubu doszło także z tego powodu, że nadarzyła się okazja kupienia zakładu fryzjerskiego, a Paulina nie miała uprawnień mistrzowskich. Właściciel zakładu, Piotrowski, zginął na wojnie, a jego żona nie mogła go prowadzić, ponieważ sama nie była fryzjerką. Zakład nabył na siebie Konrad Pikos, a na jego kupno złożyli się wspólnie. Ona zajmowała się fryzjerstwem damskim, on strzygł mężczyzn.

    Won stąd!

    Dwa miesiące po ślubie do Konrada Pikosa przyszedł niemiecki żandarm. Powiedział, że tego samego dnia do 20.00 ma zameldować się w koszarach w Kłodzku, bo został wezwany do Wehrmachtu. – Na to, by się spakować i pożegnać z żoną, miałem zaledwie półtorej godziny – wspomina pan Konrad. Został skierowany na front francuski. Dwa razy był na przepustce i zawsze przyrzekał, że wróci, a ona ma na niego czekać. Jednak pewnego razu do pani Pauliny przestały przychodzić listy. We wrześniu 1944 roku przyszło zawiadomienie na różowym papierze, że mąż poległ albo zaginął i nie ma o nim żadnych wieści. Pani Paulina nie wierzyła, że zginął, bo przyrzekał, że wróci. Konrad Pikos dostał się do amerykańskiej niewoli i został wywieziony do Stanów Zjednoczonych. Jako jeniec był w Nowym Jorku i w ogromnym obozie w Tennessee, gdzie był operowany na nogę, w którą został ranny na froncie. Gdyby nie interwencja lekarzy, mógłby ją stracić, a tak kończyna jest do dziś, tylko krótsza o 5 cm. W lutym 1946 roku ktoś w zakładzie otworzył drzwi. Ponieważ zawiało chłodem, Paulina poszła je zamknąć. – W progu zauważyłam jednak but. Gdy podniosłam głowę, zobaczyłam męża. Był nie do poznania, chory, kulawy, wychudzony – wspomina. W powojennej rzeczywistości razem zaczęli życie od nowa. Dalej prowadzili zakład, który cieszył się uznaniem mieszkańców. Jednak na zebraniu rzemieślników w 1946 roku, a było ponad 100 osób, podszedł do nich prezes i powiedział: „Proszę opuścić salę, won stąd. Mąż pani jest na Volksliście i będziecie wysiedleni”. Nie było to prawdą, ale od tego czasu Konrad Pikos przez całe życie nie odwiedził żadnego państwowego urzędu. – Byłem uczciwym człowiekiem, nigdy nikomu nie zrobiłem nic złego, a zostałem potraktowany jak zbrodniarz – opowiada. Przez pół roku jego nazwisko wisiało w Lublińcu na specjalnej liście. Zgłaszać mieli się wszyscy, którym mógł w czasach hitlerowskich wyrządzić jakąkolwiek szkodę. Nikt się nie zgłosił, dlatego został „zrehabilitowany” i pozwolono mu zostać w Polsce. – To pokazuje, jak skomplikowane były tu losy ludzi, jak łatwo można było kogoś skrzywdzić – mówi Konrad Pikos. Zakład prowadzili do 1951 roku, gdy został przejęty przez spółdzielnię. Nadal w nim pracowali, choć był już obcy kierownik, a oni z właścicieli stali się pracownikami.

    Droga do Koszęcina

    W Chorzowie pracowali jeszcze osiem lat. – Byliśmy szczęśliwi, że mamy pracę, że nadal możemy być razem. W tej samej kamienicy, gdzie mieścił się zakład, mieliśmy mieszkanie, żyło się ciężko, ale spokojnie – wspomina pani Paulina. W tym czasie rozpoczęli budowę domu w Koszęcinie, gdzie Konrad Pikos miał po rodzicach działkę. Wprowadzili się do niego w marcu 1959 roku, z zamiarem otwarcia na parterze zakładu fryzjerskiego. Nawet nie przypuszczali, ile będą mieli z tym problemów. – Tego świat nie widział, ilu ludzi rzucało nam kłody pod nogi – opowiada Paulina Pikos. Chodziło o zakład fryzjerski, który mieścił się w koszęcińskiej spółdzielni rzemieślniczej, a którego pracownicy robili wszystko, by nie został otwarty. W ich sprawie urzędniczka z Lublińca pojechała nawet do Katowic, do prezesa Wojewódzkiej Izby Rzemieślniczej. Powiedziała mu, że jeśli nie udzieli zezwolenia, to oni pojadą ze swoją sprawą do Warszawy. To ostatecznie przekonało urzędnika. Otwarli zakład na parterze i zamieszkali w dwóch pokojach obok, potem przenieśli się na pięto. Tam mieszkają do dzisiaj. Zakład fryzjerski prowadzili do 1978 roku, gdy przeszli na emeryturę. Dziś nie ma po nim śladu, za to mieszkanie ich jedynej córki Beaty zyskało duży salon. Córka Pikosów nigdy nie chciała być fryzjerką, została położną. Spotkanie Pauliny i Konrada 70 lat temu nie było miłością od pierwszego wejrzenia. – Ja wtedy nie zamierzałam szukać męża, zakładać rodziny. Życie potoczyło się jednak inaczej i niczego nie żałuję – mówi pani Paulina. Podkreśla, że dziś mówi się wszędzie tylko: „miłość, miłość, miłość…”. – Co z tego, jeśli zabraknie rozsądku, tolerancji i wyrozumiałości. Uważam, że bez tych rzeczy nawet największa miłość skończy się tak szybko, jak szybko się zaczęła – twierdzi. Nie może pogodzić się z tym, że dziś tak łatwo ludzie się rozwodzą. – Nie miałam łatwego życia. Czasy były ciężkie i ciężkie przychodziły problemy. Czy nie miałam powodów do rozwodu? Pewnie, że tak. Ale nigdy o tym nie myślałam, bo to rozwiązanie, z pozoru łatwe, nie jest wyjściem. Często jest początkiem o wiele większych problemów – podkreśla Paulina Pikos. Każdej soboty są razem na Mszy. Aby zejść z piętra do samochodu, muszą pokonać kilkanaście schodów. – Rodzice nie chcą zamieszkać na parterze, choć tyle razy im to proponowałam. Mówią, że schody to dla nich dobra gimnastyka – żartuje córka Beata, która z mężem Emilem mieszka na parterze.

    Wyjątkowy jubileusz

    W tym roku obchodzili kamienne gody, 2 marca, dzień przed 70. rocznicą ślubu. Na Mszę przyjechał biskup gliwicki Jan Kopiec. – Kiedy pani Paulina przyszła zamówić Mszę, nie chciała wymieniać rocznicy ani nawet nazwiska. Chciała ten dzień obchodzić skromnie. Dopiero w trakcie rozmowy okazało się, że chodzi o wyjątkowy jubileusz. Wtedy za nich zdecydowałem, że skromny to on na pewno nie będzie – uśmiecha się ks. Sławomir Madajewski, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Koszęcinie. Bp Jan Kopiec powiedział, że w swoim życiu drugi raz sprawuje Eucharystię z okazji 70. rocznicy ślubu – pierwszy raz w Niemczech, gdzie jubilaci mieszkali w domu opieki. Po kilku dniach Paulina Pikos napisała biskupowi podziękowanie. – Gdy biskup Jan Kopiec spotkał mnie, zapytał, czy to czasem nie ja jestem autorem tego listu. Powiedziałem, że nie. I to prawda, nawet nie znam jego treści – mówi ks. S. Madajewski. Czy przez te 70 lat kłócili się? – Właściwie nigdy. Kiedyś tylko powiedziałam mężowi głośniej, że chyba nie chce, abym ja w małżeństwie była szeregowcem, a on kapralem. Roześmiał się na cały głos – odpowiada pani Paulina i podkreśla raz jeszcze, że siłą małżeństwa jest wyrozumiałość. – Ja miałam ją dla męża, jego słabości, jego charakteru, a on dla mnie i moich wad. I tak, dzięki Bogu, wytrwaliśmy. Po jubileuszu siedzieli kiedyś przy stole i wspominali życie, które minęło im jak jeden dzień. Konrad ma 98 lat i w Koszęcinie jest najstarszym mieszkańcem, Paulina skończyła 90. Doszli do wniosku, że długie życie jest błogosławieństwem Pana Boga. – Ale ludzie mówią też, że Pan Bóg czasem zostawia ludzi długo na ziemi, by się mogli poprawić. Mąż powiedział mi jednak, że całe życie starał się być dobrym człowiekiem i nikogo nie skrzywdził. Więc to nasze długie życie musi być Bożym błogosławieństwem – mówi Paulina Pikos. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół