• facebook
  • rss
  • Mistrzyni bezy

    dodane 20.12.2012 00:15

    Spotykamy się w rodzinnym studiu fotograficznym przy Krakowskiej, chociaż mówić będziemy o gotowaniu i koniach.


    Wrodzinie Kingi Paruzel wszyscy dobrze gotują. – Tradycją rodzinną był wspólny obiad w niedzielę. W tygodniu przygotowywała go babcia. Zawsze był budyń, ale nie z paczki, tylko robiony starymi sposobami, z kakao i mąki ziemniaczanej. Nam, dzieciom, babcia kazała trzeć jabłko z marchewką, żeby były witaminy. Czasem mieliśmy dosyć, bo to była porcja dla sześcioosobowej rodziny – wspomina. Mieszka w Zbrosławicach, sama zaczęła gotować dopiero jak wyszła za mąż, ponad pięć lat temu. Pierwszym wyzwaniem był rosół. Robiła go ze słuchawką w ręce, pod dyktando mamy i teściowej. To jej ulubiona potrawa. – Rozgrzewa, poprawia mi nastrój, lubię zapach rosołu w domu – wymienia zalety.


    Własna stajnia z cukiernią


    Dzisiaj prowadzi własny blog kulinarny i to właśnie na niego dostała zaproszenie do programu MasterChef. Doszła aż do samego finału, ostatecznie zajmując drugie miejsce. Na wstępnym castingu w Katowicach była przekonana, że odpadnie, bo sernik, który upiekła, popękał.

    Potem zaliczała kolejne etapy, ale też kolejne dawki stresu, aż pod koniec programu zaczęła się tym bawić. – Rodzina wspierała mnie w takim podejściu. Dla mnie finał z Basią i Miłoszem, którzy mają bardzo duże doświadczenie, był już ogromnym wyróżnieniem – wspomina. – Najbardziej z programu zapamiętam czternastkę uczestników, chociaż w telewizji może nie każdy został pozytywnie przedstawiony. Mamy za sobą przygodę, która nas łączy. Wiemy, ile nas to kosztowało i ten MasterChef to jest nasz wspólny mianownik – dodaje. 
Po programie pytają ją o własną restaurację. – Dalej chcę rozwijać się kulinarnie, ale to trzeba zostawić profesjonalistom. Ja jestem kucharzem amatorem. Moim marzeniem jest mieć swoją cukiernię, bo wiem, że w tym jestem dobra. MasterChef to była przygoda, która poszerzyła moją wiedzę kulinarną, horyzonty smakowe, ale nie mam zamiaru rzucić wszystkiego i być gwiazdą telewizji, bo to nie jest moje naturalne środowisko. Lepiej czuję się w swojej kuchni – mówi. Lubi siedzieć przy piekarniku z herbatą, czytać książkę i patrzeć, jak rośnie ciasto. Jej popisowe to beza, którą robi po mistrzowsku.
Lubi też, gdy w pobliżu są jej konie – Reseda i jej córka Ryoko. Konno jeździ od dziecka. – Na całą wiosnę i lato mąż ogradza dla koni łąkę przed naszym domem. Ja sobie gotuję i z okna patrzę, jak chodzą i jedzą trawę – opowiada Kinga Paruzel. Na razie nie ma własnej stajni. – Ale tylko ja opiekuję się moimi końmi, codziennie jestem w stajni, bo uważam, że sama wszystko zrobię najlepiej – mówi. Dlatego wstaje o 5.30, żeby o szóstej być przy koniach. Od dziecka marzy o swojej stajni. Najlepiej w okolicach tarnogórskiej kopalni zabytkowej. Chodzi jej o miejsce z duszą, dobre dla ludzi i zwierząt. W wyobraźni widzi już alejkę, po bokach padoki dla koni, dziedziniec ze stajnią, a tam oczywiście restauracja i cukiernia. Na razie to marzenie, bo stajnia to ogromna inwestycja. Łatwiej będzie zrealizować inne – wydanie książki kulinarnej w przyszłym roku.


    Razem przy piernikach


    Chociaż skończyła turystykę międzynarodową, pracuje w rodzinnym studiu fotograficznym w Tarnowskich Górach, które w 1929 r. założył Jan Melcer. Obecnie prowadzi je jego córka Brygida Melcer-Kwiecińska, mama Kingi. – Najpierw broniłam się przed fotografią, ale do wszystkiego trzeba dorosnąć – mówi. Dziś ceni sobie rodzinność tego miejsca. Pracuje razem z mamą, siostrą i bratem. Zajmuje się wydrukami wielkoformatowymi. – Wszyscy pracownicy są tu jak rodzina, znają nas od dziecka. Podziwiam to, że w czasach, które nie sprzyjają takim miejscom, mama dba, żeby wszystko tak funkcjonowało – dodaje.
W ich rodzinie święta są tradycyjne. W Adwencie wspólnie pieką pierniki i dzięki temu wszyscy razem są w kuchni. Na wigilię będzie zupa rybna i barszcz z uszkami, ryba, kapusta z grzybami i makówki. – Ale wszystko przygotowujemy z umiarem. Zostałam wychowana w rodzinie, gdzie jedzenie się szanuje i nigdy nie wyrzuca. Kiedy zostaje chleb, jest suszony dla koni. Obierki z warzyw wynosimy w pole, żeby zwierzyna mogła zjeść. Większość potraw na święta przygotuje mama, ja zajmę się wypiekami – opowiada. Na pewno będzie sernik, jeszcze nie wie jaki, bo Kinga nie lubi powtarzać się. Cały czas wymyśla coś nowego.
Spotkania, wydarzenia identyfikuje poprzez potrawy. – Miejsca, w których byłam, kojarzę z jedzeniem, zapachem, ludźmi przy stole. Pomidory z Grecji, korzenne przyprawy z Turcji… – mówi. Czym jest dla niej gotowanie? – Relaksem – odpowiada bez zastanowienia. W domu musi mieć wszystko, co potrzebne do pieczenia, dlatego w jej kuchni zawsze jest pod dostatkiem mąki, jajek i masła.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół