• facebook
  • rss
  • Bóg nie zostawił mnie w spokoju

    dodane 21.06.2012 00:00

    O tym, czym jest kapłaństwo, o katechezie w szkole i o tym, dlaczego o godz. 15 
nie wolno mu przeszkadzać, z bp. Gerardem Kuszem, w 50. rocznicę święceń kapłańskich, rozmawia 
ks. Waldemar Packner.


    Bp Gerard Kusz: – Pamiętam, że noc była czuwająca i trud-
no było zasnąć. Ja oraz część moich kolegów z powodu młodego wieku w ostatniej chwili otrzymaliśmy od prymasa Wyszyńskiego tzw. dyspensę papieską. Kodeks stanowi, że święcenia można przyjąć, mając 25 lat, my mieliśmy niewiele ponad 22, a więc potrzeba było specjalnej zgody, która nadeszła zaledwie miesiąc wcześniej. 


    A same święcenia?


    – Obrzęd był długi, trwał ponad trzy godziny, w rycie trydenckim i w języku łacińskim. W pamięci utkwiła mi Litania do Wszystkich Świętych, wówczas bardzo długa. Leżeliśmy na posadzce katedry opolskiej i modliliśmy się, ale wydawało się, że litania nie ma końca. Obecnie podczas święceń kandydaci również leżą krzyżem w czasie śpiewu tej litanii, ale jest ona o wiele krótsza. Pamiętam, że kazanie bp. Franciszka Jopa było, jak to miał w zwyczaju, bardzo długie, a myśmy z przejęcia zapomnieli, o czym mówił (śmiech).


    A pierwsze słowa rodziców po święceniach?


    – Rodzice, jak to Ślązacy, nie byli zbyt wylewni. Pamiętam łzy mamy i to, że ojciec trudno się godził z moim kapłaństwem.


    Ksiądz Biskup był jedynakiem. Jak rodzice przyjęli decyzję o pójściu do seminarium? Nie mieli innych planów, nie chcieli doczekać wnuków?


    – Ojciec długo nie mógł pogodzić się z moją decyzją, mama zaakceptowała ją od razu. Dziś rozumiem ojca i jego rozterki. Były to czasy stalinowskie, przyszłość Kościoła rysowała się ponuro. Być może obawiał się o moją przyszłość, o moje życie, a być może chciał, jak wielu śląskich ojców, abym poszedł do pracy czy po studiach miał w ręku jakiś konkretny fach.


    Czasem powołanie przychodzi nagle, innym razem rodzi się latami. Jak było u Księdza Biskupa?


    – Już jako mały chłopiec, jak to często bywa, odprawiałem msze, do których służyła mi koleżanka z podwórka. Jeśli robiła to źle, a musiała coś tam umieć po łacinie, to dostała za swoje. Potem znowu ja dostałem za to, że ją, delikatnie mówiąc, źle potraktowałem (śmiech). Po Pierwszej Komunii zostałem ministrantem. Proboszcz był człowiekiem surowym, a ja nie należałem do najspokojniejszych, więc mama nie bardzo chciała się na to zgodzić…


    Żeby syn nie przyniósł wstydu…


    – Dokładnie tak. I to przed całą wioską (śmiech). Ze szkoły średniej pamiętam moje spieranie się z Panem Bogiem. Kiedyś, podczas prywatnej Drogi Krzyżowej, powiedziałem Mu nawet: „Panie Boże, weź sobie kogoś innego, a mnie zostaw w spokoju”. 


    Ale nie zostawił?


    – Nie. W klasie maturalnej już wyraźnie czułem Jego wołanie i jednocześnie moją zgodę. Po maturze pojechałem do seminarium i poprosiłem o przyjęcie. 


    Studia seminaryjne i długie kapłańskie lata przypadały na trudne czasy stalinowskie, czasy walki z Kościołem. Czy nigdy Ksiądz Biskup nie myślał, że wybierając kapłaństwo, może poniekąd ryzykować życie?


    – Wybierając kapłaństwo, byłem gotowy na wszystko i nigdy nie miałem tego typu obaw, choć czasy były naprawdę trudne i dla Kościoła, i dla kapłanów.


    Czy SB nękała lub kusiła?


    – I jedno, i drugie. Po święceniach dwa lata pracowałem w gliwickiej parafii Chrystusa Króla, potem przez dziewięć lat w parafii katedralnej w Opolu. Tam prowadziłem grupę akademicką; wiedziałem, że mam w niej szpicli. Kiedyś przyszła do mnie była studentka i przyznała się, że pisała na mnie donosy. Powiedziała, że był w grupie jeszcze jeden, który donosił. Czasem nachodzili esbecy z różnymi propozycjami. Kusili paszportem, zagranicznymi wyjazdami. Kiedyś powiedziałem, że jestem przy katedrze i te rozmowy relacjonuję biskupowi. Wtedy dali mi 
spokój.


    Potem były studia katechetyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, ukończone doktoratem z katechetyki. 


    – Biskup Antoni Adamiuk, odpowiedzialny w diecezji opolskiej za sprawy katechetyczne, powiedział mi kiedyś, abym go zastąpił, a bp Jop zaproponował studia. Katechetyka była mi bliska, więc propozycję biskupa ordynariusza przyjąłem chętnie. 


    W polskim Kościele był Ksiądz Biskup m.in. odpowiedzialny za sprawy katechetyczne. Łatwo było podjąć decyzję o powrocie katechezy do szkół?


    – Biskupi diecezji południowych mieli pewne wątpliwości, ponieważ diecezje te dysponowały szeroką bazą lokalową, której brakowało w diecezjach północnych i wschodnich. Chcieliśmy, aby katecheza była w szkole, ale przygotowanie sakramentalne – przy parafiach. 


    Często mówi Ksiądz Biskup o braku młodzieży w życiu parafialnym. Czy nie jest to niejako „produkt uboczny” katechezy w szkole?


    – To, z czym jako księża nie daliśmy sobie rady po przejściu katechezy do szkół, to wypełnienie powstałej pustki. Brakowało i poniekąd nadal brakuje pracy w grupach, bycia z ludźmi młodymi, angażowania ich w życie parafii.


    Ale czy nie byłoby łatwiej o takie zaangażowanie, gdyby katecheza była przy parafii, a księża mieli możliwość uczenia swoich parafian? 


    – A może byłoby trudniej? Ilu młodych, przy różnych zajęciach pozaszkolnych i wielu propozycjach spędzenia czasu wolnego, przyszłoby dziś wieczorem do salki parafialnej? Dawniej rodzice pilnowali swoich dzieci, aby uczestniczyły w katechezie parafialnej. Dziś mamy do czynienia również z kryzysem moralnym i religijnym rodziny. Więc mówienie, że katecheza przyparafialna byłaby lepsza, czasem może być usprawiedliwieniem braku zaangażowania samych księży. Może trzeba szukać innych sposobów kontaktu z młodym człowiekiem i dać mu ciekawe propozycje zaangażowania przy parafii? A to od nas, księży, wymaga większego wysiłku i poświęcenia. Tu musimy zrobić uczciwy rachunek sumienia. Wydaje mi się, że jako księża nie nadążamy za czasami, w których przyszło nam pracować. Mam na myśli fakt, że w ciągu ostatnich lat wyrosło nam pokolenie cyfrowe, oparte na internecie i komputerze. Nienadążanie za współczesnością to m.in. sprawa języka, którym się posługujemy, a który dla młodego człowieka jest po prostu niezrozumiały. Jest to sprawa wyboru właściwych środków przekazu i kontaktu z młodymi.


    Jednak czy w szkolnej katechezie nie ucierpiał przekaz wiary?


    – Niewątpliwie tak. Katecheza ma trzy cele – nauczanie, wychowanie i wprowadzanie w wiarę, czyli element mistagogiczny. O ile przekaz wiadomości i wychowanie jest realizowane w szkolnej katechezie, to rzeczywiście ucierpiało wprowadzenie w życie wiarą. Ale to uważam za zadanie, które ma być realizowane w parafiach. Opierając się na wiedzy zdobytej w szkole różnymi sposobami i metodami, należy wprowadzać młodego człowieka w przyjaźń z Bogiem. 


    Ale czy on na tę przyjaźń czeka?


    – Jestem przekonany, że tak. Kiedy przy różnych okazjach spotykam się z młodymi ludźmi, zaskakują mnie pytania, które stawiają. A pytają o wieczność, o niebo, o to, co po śmierci, itd. Takie pytania ostatnio zadali mi nie ministranci, tylko młodzi ludzie z życiowymi problemami, w tym leczący się alkoholicy i byli narkomani. 


    Czyli wrażliwość religijna jest ciągle żywa?


    – Oczywiście. Współczesny Europejczyk jest religijny, wierzy w Boga, ale nie wiąże się z konkretnymi Kościołami, z liturgią, ze wspólnotowym przeżywaniem wiary. Jednak ciągle pozostała w nim religijna wrażliwość i jakiś niepokój serca, który przejawia się czasem na różne sposoby.


    Znaczy to, że księża będą ludziom nadal potrzebni?


    – Jestem o tym przekonany. Zadaniem księży jest być dla tych ludzi, być gotowym na ich pytania, czasem prowokujące, na rozterki i wątpliwości, a niekiedy chodzi o to, żeby po prostu być niemym świadkiem innej rzeczywistości. Być świadkiem Niewidzialnego.


    Po 50 latach czym dla Księdza Biskupa, tak osobiście, jest kapłaństwo?


    – Najważniejszą i najradośniejszą służbą człowiekowi, którego prowadzi się do Boga. Dziś być księdzem to często być blisko zagubionego człowieka, który w księdzu właśnie chce widzieć kogoś kompetentnego w sprawach Bożych i duchowych, o czym w Warszawie mówił do polskich kapłanów papież Benedykt XVI. Żniwo wielkie, a robotników mało. 


    Wszyscy znają Księdza Biskupa jako ciągle uśmiechniętego. Jaka jest recepta na szczęśliwe kapłaństwo?


    – Zawierzyć Bogu i Matce Bożej. Dużo się modlić, bo kapłan musi być człowiekiem modlitwy. Zaufanie Bogu chroni księdza przed tym, aby nie podreptać gdzieś tam swoją własną drogą. 


    Maryja jest szczególnie bliska sercu Księdza Biskupa, ale także kult Miłosierdzia Bożego. Wszyscy w kurii wiedzą, że o 15.00 jest Ksiądz Biskup w kaplicy na Koronce.


    – I wtedy nie wolno mi przeszkadzać (śmiech). Również w moim życiu były trudne sytuacje, ale zawsze liczyłem na Pana Boga. Wiele razy w takich ciemnych tunelach Pan Bóg dawał dyskretne światełko i zawsze przychodziło słuszne rozwiązanie.


    Na biskupie hasło wybrał Ksiądz Biskup słowa „Posłuszeństwo i pokój”. Posłuszeństwo rozumiem, a pokój?


    Jak człowiek posłuszny jest woli Bożej, to ma w sercu pokój. •


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół